Glista

Mijają kolejne dni wspólnych doświadczeń i ubogacania się. Zdaję sobie sprawę, że ten dom jest jednym wielkim cudem, którego doświadczam w każdym dniu, godzinie, minucie, sekundzie. Trochę jestem przemęczony tą gonitwą, ale wiem, że warto i że tak trzeba. Satysfakcja i widoczny gołym okiem sens działania niweczą zmęczenie, a wręcz dodają skrzydeł. Warto było… Warto było być upartym i brnąć pod prąd europejskiego niezrozumienia. Wiem, że mieszkańcom tego domu daliśmy nowe życie i to nie tylko w przenośni, również dosłownie.

Osobami niepełnosprawnymi mało kto się tutaj przejmuje, szczególnie gdzieś tam daleko na wsi lub tu, w mieście pełnym slamsów. Zazwyczaj są traktowani jak zwierzęta. Wiązani, bici, daje się im najgorsze jedzenie. Nikt nie dba o ich czystość, higienę czy sposób życia. Nikt przecież nie kupuje im specjalnych produktów, koniecznych witamin, lekarstw czy wody butelkowanej. Poza tym, rodziny z dziećmi niepełnosprawnymi są zupełnie niewydolne. Nie posiadają żadnego wsparcia. Jedynymi pomagającymi placówkami są niektóre domy zakonne, typu Zgromadzenie Matki Teresy z Kalkuty, Siostry Kombonianki, jakieś organizacje. Ale ile jest ich w Etiopii? Mało. To zdecydowana odpowiedź. Etiopia posiada ok. 80 milionów mieszkańców, a domów Matki Teresy jest 18. To i tak duża liczba. Jednak na taki stan rzeczy to zbyt mało. Potrzeba takich domów zdecydowanie więcej.

Być może z naszej strony dom dla niepełnosprawnych to nie jakieś wielkie dzieło. Nie pomożemy wszystkim, ani nawet połowie. Wiem jednak, że na ten czas damy życie pięciu, może siedmiu osobom. To dużo czy mało?… W obliczu tutejszej rzeczywistości – bardzo mało. Doskonale zdaję sobie z tego sprawę. Widzę cierpienie i nędzę, przemierzając codziennie w tę i we w tę ulice Nowego Kwiatu (bo takie jest znaczenie Addis Abeby). Generalnie nie daję pieniędzy żebrzącym, ale tutaj rozdaję na prawo i lewo drobniaki, jakie posiadam w kieszeniach. Wszystkich pieniędzy nie dam, bo nie jest to możliwe. Jednak zawsze daję. Zazwyczaj malutkim dzieciakom i ich matkom. Na widok tych dzieci i ich sytuacji nie daję rady. Serce się kraje. Wiem, że czasem bywa tak, że matka z dzieciakiem przyjeżdża z wioski do Addis na kilka miesięcy, aby trochę użebrać, a potem wrócić do normalnego życia. Ale cóż z tego? Gdyby miały wystarczająco, nie przyjechałyby tutaj. Są też matki żyjące chyba od zawsze na tych ulicach. Wszystko jedno. Szkoda mi ich dzieci i za każdym razem, kiedy obok nich przechodzę, pytam się: „Jak to możliwe?”. No właśnie, jak to możliwe?….

Naszym trzem dotychczasowym mieszkańcom daliśmy życie. Nie boję się użyć tak mocnych słów, bo wiem, że to nie tylko hasła. Tak jest, uwierz mi, Przyjacielu. Nie wiem, ile będzie żył Tadese, Denka czy Deribia, ale wiem, że będą żyli i być może będą długo żyli, czyli normalnie. A jeśli umrą, to godziwie i, śmiem twierdzić, szczęśliwie.

Życie ludzkie to jedno. Istnieje jeszcze coś takiego, jak godność człowieka. Ten dom jest dziś miejscem przywracania godności człowieka! Tak! To coś niesamowitego. W tym miejscu Dence i jego rodzeństwu przywracana jest podmiotowość. W tym domu jest kimś ważnym. Osobą w pełnym tego wymiarze. Nie jest kimś gorszym, jak było to wcześniej. Jest po prostu osobą. Z traktowania i przyzwyczajenia zwierzęcego przechodzimy do pełnej godności ludzkiej. To wszystko dzieje się na moich oczach. Sam tego doświadczam. To coś niesamowitego. Tutaj Bóg działa gołymi rękami i bez rękawiczek. Doświadczamy cudu! Dzięki Ci, Boże, za to doświadczenie!

Nie powiem, że jestem twardzielem i mnie to nie rusza. Przyznam się, że czasem łzy same lecą i na siłę nie da się ich powstrzymać. Kiedy wracam do domu, Denka – ten najtrudniejszy, ten, który kiedyś mnie bił, kopał i gryzł – rzuca mi się na szyję i chce przytulenia. Jak tu nie płakać? Takich sytuacji jest wiele. Może zbyt wiele. Tu cud ociera się z cudem. Niebo zniża się do samej Ziemi, a Ziemia unosi się do nieba. Przy tak wielkich zawirowaniach widać wszędzie tylko kurz. Jest koloru rdzawego, bo te tarcia rozpalają do samej czerwoności. Noszę go na butach, koszuli i włosach. W domu ścieramy go każdego ranka. Jednak on zawsze powraca, bo zawirowania niebiańsko-ziemskie są wielkie.

Obrotów spraw i wydarzeń pilnują aniołowie. Za każdym rogiem stoi tutaj anioł. W Afryce anioły mają bardzo wielkie skrzydła. Co prawda są zawsze zakurzone, tylko po deszczu wyglądają na białe. Jak lecą, to zataczają wielkie zamaszyste koła. Czasami trzeba uważać, aby któryś nas nie potrącił. Jest ich wszędzie bez liku. Najczęściej można ich spotkać na ulicy, na chodniku, w domkach z gliny przykrytych zardzewiałą blachą. To dziwne, zawsze wystają przy knajpach i bogatych lokalach. Są w zasadzie wszędzie. Możesz z nimi pogadać, pośmiać się, a nawet – jeśli chcesz – popłakać.

W miejscowym kościele koptyjskim anioły mają bardzo duże znaczenie. Do Boga raczej nie powinno się tutaj modlić bezpośrednio. Dlatego aniołowie mają wielkie zadanie wysłuchiwania wszelkich próśb, płaczów i rozczarowań. Rzadko kiedy ktoś przychodzi w podzięce. Aniołowie stoją też na straży naszego dnia i nocy. Ze względu na nadmiar pracy, słońca i przepracowanie, nie zajmują się tym, co będzie jutro. W prośbach „na zaś” nie uczestniczą. Dlatego tak ważna jest tutaj ta chwila, ta godzina, ta minuta. Co będzie później – nie wiadomo. Dobry Pan Bóg wie tylko. Zresztą, po co się martwić na przyszłość? Ważne jest to, co tu i teraz. I od tego są aniołowie. Strzegą nas wszystkich. Są wszędzie, gdzie tylko się da i gdzie nikt nie dociera. Pilnują wszystkiego, stoją przed każdym kościołem z czterech jego stron. Jest oczywiście Archanioł Michał, Rafał no i mój szczególnie ukochany Gabriele. Są także i inni, którzy nie są znani w kościele katolickim, jak Raguel czy Urael. To zrozumiałe, w tej rzeczywistości potrzeba ich więcej. Nie jestem w stanie opisać wszystkich spotkań z aniołami. Jest ich zbyt wiele. Musiałbym nic nie robić, tylko pisać i pisać, minuta po minucie. Jednak nie jest to możliwe, bo życie kradnie mi czas. I może niech tak zostanie. Bo ono jest ważniejsze od mojego bazgrania, fotografii i opowieści. To, co może prawdziwie przetrwać, to życie, miłość i jego blask.

Trzy dni temu Ulli z przerażeniem wyciągała z pupy Denka dwie białe glisty. Miały około 15-20 cm. Byliśmy przerażeni. Nikt z nas nigdy czegoś takiego nie widział. Słyszeliśmy o takich żyjątkach, uczyłem się o nich w szkole podstawowej. Ale to było zupełnie inne doświadczenie. Byliśmy przerażeni. W ruch poszedł internet. Tak, to były te glisty, glisty ludzkie.

Glistnica (askarioza, łac. ascariosis, ang. ascariosis) – choroba pasożytnicza powodowana przez glisty. Nie mogliśmy sobie z nimi poradzić. Chciało nam się wymiotować. W nocy śniły mi się w rozmiarach kilkumetrowych. Ogarnęła nas obsesja mycia rąk. Myłem je co pięć minut. To samo robiła Ulli. Jak się okazało, była to glista ludzka, która jest pasożytem jelita cienkiego człowieka. Szacuje się, że jest na nią zarażonych około 1 miliarda ludzi. Najczęściej występuje w południowo-wschodniej Azji ponad 80%, w Afryce 34% populacji – głównie dzieci. W Europie stwierdza się ją raczej sporadycznie. Glistnica objawia się: ogólnym osłabieniem, zawrotami głowy, kaszlem, obrzękami twarzy, nadmierną pobudliwością, reakcjami alergicznymi, niedrożnością jelit. Najczęściej zarażają się nią dzieci. Nieleczona powoduje zaburzenia umysłowe.

Wszystko się zgadzało. Denka panicznie kaszlał, był nadpobudliwy, nie chciał jeść i wymiotował nawet po wodzie. Nie wiedzieliśmy, co się dzieje. Ciągle przypisywaliśmy to czemuś innemu. Teraz już wszystko wiadomo. Cała trójka żyła w warunkach nie do opisania, jadła niemyte warzywa, które były nawożone ludzkimi fekaliami. Druga sprawa to woda. Nie sądzę, aby ktokolwiek kupował im wodę butelkowaną. Czerpana z jakiegoś ujścia lub jeziora mogła być z zarodkami glisty. Tym bardziej, że wszyscy wylewają fekalia do najbliższych ujęć. Po połknięciu jaja inwazyjnego larwa glisty uwalnia się z otoczki jajowej i przedostaje się do naczyń krwionośnych i chłonnych, następnie wraz z prądem krwi wędruje do wątroby, do serca i do płuc. Z płuca larwa wędruje przez oskrzela i tchawicę do jamy ustnej, po czym przez przełyk i żołądek przechodzi ponownie do jelita cienkiego. Całkowity czas wędrówki trwa około 10 dni. W jelicie cienkim w ciągu 2- 3 miesięcy larwa glisty ludzkiej dorasta do postaci dojrzałej. Co roku z powodu glistnicy umiera na całym świecie ponad 60 tysięcy ludzi. Aż trudno uwierzyć w taką statystykę.

– Siostro, znowu mamy problem. Wczoraj wieczorem Ulli wyciągnęła z kału Denka dwie duże glisty około 15-20 centymetrów koloru biało-brązowego – oznajmiłem.

– Aaa… to zwykła glista. Nie martw się. To tutaj normalność – uspokajała mnie Siostra Marta Jon z domu sióstr Matki Teresy z Kalkuty.

– Wyczytałem w internecie, że wystarczy wziąć jednorazowo jakieś lekarstwa… – ciągnąłem.

– Tak. Chodź ze mną do naszego labolatorium, to dam Ci dla wszystkich.

– Siostro, a czy my, opiekunowie, też powinniśmy je zażyć? – zapytałem zaniepokojony.

– Nie sądzę. Ale wiesz… profilaktycznie weźcie wszyscy. Raz na jakiś czas trzeba odrobaczywić cały organizm – oznajmiła.

– Siostro, chcę zapłacić za te lekarstwa. I tak bym je musiał kupić w aptece – powiedziałem.

– Absolutnie nie! Daj spokój! Mamy tego dużo – powiedziała Siostra.

Leczenie rzeczywiście polega najczęściej na jednorazowym podaniu leku (czasem leczenie należy powtórzyć po 3-6 miesiącach). Lekami w leczeniu askariozy są: mebendazol, zentel, pyrantelum.

Tak też od trzech dni, rano i wieczorem, bierzemy wszyscy lekarstwa na robaki i wszelakie inne glisty. To ponoć normalne w tych warunkach. Do zarażenia nimi dochodzi zazwyczaj w sytuacji, kiedy nie przestrzega się zasad higieny osobistej i żywienia. Rodzinę i bliskich uspokajam, że nie mam glist, czuję się bardzo dobrze, a może jeszcze lepiej. Nie można się nimi zarazić bezpośrednio od drugiego człowieka.

Może i dobrze, że również takie doświadczenie. I ono było nam potrzebne. Czystość w naszym domu staje się nie tylko jakimś widzimisię, ale przede wszystkim jest koniecznością do przetrwania. Wiem, że w tych warunkach, jakie posiadamy i jakie próbujemy tworzyć, nic złego się nie stanie. Nie przywlecze się żadne choróbsko ani żadna niechciana glista.

To tylko jeden z przykładów tego, z czym się tutaj spotykamy. Coraz bardziej zdaję sobie sprawę z tego, że ten dom jest domem nowego życia i odzyskanej godności człowieka. Ten dom jest prawdziwym Addis Ababa, czyli Nowym Kwiatem życia!

Może i dobrze, że również takie doświadczenie. I ono było nam potrzebne. Czystość w naszym domu staje się nie tylko jakimś widzimisię, ale przede wszystkim jest koniecznością do przetrwania. Wiem, że w tych warunkach, jakie posiadamy i jakie próbujemy tworzyć, nic złego się nie stanie. Nie przywlecze się żadne choróbsko ani żadna niechciana glista.

1 thought on “Glista

  1. Okazuje sie, ze blogi moga byc naprawde pomocne w poszukiwaniu rozwiazania pewnych problemow, czy, po prostu, wartosciowych informacji. Ciesze sie, ze odwiedzilam tego bloga, na pewno jeszcze tu wroce.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *