Na rogu Afryki

Widziałem je wielokrotnie. Zamaszyście rysowały kręgi na przejrzystym niebie. – To chyba zły znak – pomyślałem. Nie było jednak czasu na rozmyślania. Trzeba działać. Szybko więc wyskoczyłem z przyczepy samochodu, aby zdjąć z niej przestraszoną Milan i Denkę, który był już zielony od ciągłego potrząsania. Pamiętam, jak przywiozły go do naszego domu siostry Kombonianki. W środku jeep był cały zabrudzony gołą indżerą. Denka wraz z rodzeństwem chyba nie był przyzwyczajony do jazdy jakimkolwiek samochodem. Tak było prawdopodobnie i tym razem. Widząc, że jesteśmy już prawie na miejscu, zagadywałem go, aby oszukać jego świadomość i ciało.

 

Spójrz,jakie ładne ptaki – powiedziałem. Denka wstał i rozejrzał się po niebie. Nad naszym nowym osiedlem krążyły sępy. Wychowany na telewizji, nie mam zbyt dobrych skojarzeń z tym ptactwem.

Denka! Denka! Spójrz tam… Widzisz tę bramę? To nasz dom! samochód był już blisko.

 

174

 

Z zewnątrz niezbyt dużo widać, bo tutaj wszystko jest ogrodzone wysokim murem (lub blachą, zależnie od majętności nowobogackiego właściciela domu). Najczęściej jeszcze z drutem kolczastym na szczycie muru, nierzadko podłączonym do prądu. Wszystko to oczywiście ochrona przed złodziejami. Dlatego też domy są murowanymi fortecami, betonowymi zamkniętymi klatkami. W każdym takim murze – wielka metalowa brama. To etiopska moda w domach ludzi wyjątkowo bogatych. Rzecz jasna takie domy to jakieś 1%, w porywach do kilku w stosunku do całej populacji Etiopii, czyli do ok. 92 mil. ludności według oficjalnych danych rządowych. Pozostaje zawsze pytanie: a w jaki sposób można policzyć ludność Etiopii, skoro jest ona niepoliczalna, w większości bez dokumentów i bez miejsca zamieszkania? Większa część ludzi mieszka w różnorakich lepiankach, zależnie od stylu i dostępnych materiałów w danym regionie, no i oczywiście w slamsach.

48


Przyjechaliśmy. Przyjechaliśmy do nowego domu. Gorszego, mniejszego i już nie w stolicy. Przyjechaliśmy jednak tym razem do naszego domu. Bałem się bardzo przeprowadzki. Inni chyba jeszcze bardziej. Ambasai nie chciał jechać do Debre Zeyit. Milen nie chciała ze mną wsiąść do samochodu. Nasze kobiety zapewniały, że cieszą się, ale chyba tak mówiły, bo wypadało. Dłuższy czas żyliśmy w cieniu tego wydarzenia. Od samego początku wiedzieliśmy, że kiedyś to nastąpi. Wiedzieliśmy również, że nie będzie to Addis Abeba. W stolicy ceny za dom są po prostu oszołamiające, zresztą pewnie jak w każdym innym kraju. Nie stać nas to. Co prawda Debre Zeyit jest miastem leżącym niedaleko od Addis, bo zaledwie 42 kilometry, jednakże licząc odległość w czasie, to dwie godziny bitej jazdy. Zdarzyło mi się jechać i cztery, ale to na szczęście wyjątkowe sytuacje. Co prawda pocieszamy się wszyscy, że kiedyś będzie szybciej. Prawie na ukończeniu jest obwodnica stolicy prowadząca do naszego miasta. Budują ją Chińczycy, jak zresztą wszystko tutaj. Ostatnio nawet w Addis Abebie budowana jest linia tramwajowa. Zachwycające! Wszystko w tempie błyskawicznym. Jedna dwupasmówka kilku, a może nawet kilkunastokilometrowa powstaje w ciągu kilku miesięcy. Przeraża szybkość budowy i przeraża szybkość niszczejących nowych dróg. Jakkolwiek, jeśli oddadzą do użytku nową obwodnicę, wyremontowany most z Dukem, to czas podróży z Addis Abeby do Debre Zeyit powinien się znacznie zmniejszyć, ku radości nas wszystkich.

 

42


W ciągu trzech lat obejrzałem tutaj chyba dziesiątki domów na sprzedaż. W fazie końcowej obejrzał je Filip Dziurzyński (wolontariusz w naszym domu Tamir przez 6 miesięcy) i
Habtamu Semu-Abi (przyjaciel domu, etiopski biznesmen). Planowałem budowę, miałem już projekt i ziemię, szereg rozwiązań awaryjnych, kilka konkretnych układów i porozumień. Być może jeden z tych wariantów kiedyś zrealizuję. Nigdzie bowiem nie spaliłem mostów. Zatem być może… Ale nie teraz. Tę myśl zostawiam na boku. Zbyt dużo wyzwań i nadmiar obciążeń. Trzeba po prostu robić swoje i przeczekać. Każdy kryzys ma swój początek i koniec

Wybrałem zakup domu ze względu na szybkość i swobodę działania, no i niezależność, której właściwie i tak do końca tutaj nie mamy. Ten stan rzeczy daje nam jednak możliwość działania w duchu Betel. To ważne, aby zachować swój charyzmat, szczególnie kiedy widzę nadal jego słuszność (pewnie w zmienionej formie, ale nadal…) i zapotrzebowanie.

Andreas! – bo tak czasami mówią do mnie po amharsku. Mało komu udaje się tak szybko zrealizować podobny projekt – zauważyła Fiker.

No wiesz… ja jakoś mam zupełnie inne odczucia. Dla mnie trwało to zbyt długo i zbyt wyczerpująco – odpowiedziałem.

No tak, wy Europejczycy chcecie wszystko od razu! Nie zapominaj, że jesteś w Afryce! – skwitowała Fiker.

 

47

Tak, tak. Wiem, wiem… Trzeba akceptować i tę stronę afrykańskiej kultury, nazwijmy ją delikatnie kulturą czasu – próby sił i zmagań. Kto je przebrnie, wygrywa i przegrywa zarazem. Osiąga cel, świecący i promieniujący. Lecąc na oślep jak rozżarzona gwiazda, z biegiem czasu traci swoją moc. Jest, ale jednak nie taka jak wcześniej, w chwili pełnego rozświetlenia i mocy. Dlatego nie zawsze jest łatwo. Nie zawsze wystarcza tej pierwszej motywacji. Za każdym razem coraz trudniejsze są powroty. Brakuje sił, tej świętej cierpliwości. Potrzeba zatem samozaparcia, wielkiego wysiłku i zrozumienia czy może nawet wyrozumiałości. Potrzeba bodźców i pozytywnych motywacji. A już nie daj Boże natrafić po drodze tych, którzy żyjąc w brudzie, widzą i chcą widzieć wszędzie brud. W brudnych okularach cały świat jest brudny! Dziś można zniszczyć w zasadzie wszystko i wszystkich. Nie ma dobra, nie ma świętości. Wszystko jest względne. Można pluć i drapać, niszczyć wszystko, bo dobro nie istnieje w wielu. Przeraża mnie, kiedy widzę i słyszę niszczenie świętości. Dzięki Bogu, raz rozpędzona materia leci, bez względu na wszystko, być może traci żar i moc, ale leci, leci dalej, do przodu… W pocie, z trudem, rozżaleniem, brnie do przodu, na oślep, bez pytań i odpowiedzi, bez oglądania się wstecz. Bo raz postawiony krok każe samoczynnie iść dalej.

Pierwszy dom, który tu obejrzałem, był w Sululcie. Wielokrotnie tam wracałem. Znalazłem kilka interesujących nieruchomości. Chyba nawet tańszych i w lepszym stanie niż ten, w którym przyszło nam dziś żyć. Potem były inne miejscowości, bliżej i dalej stolicy. Debre Zeyit przeforsował Abi. Nie byłem do końca przekonany, bo daleko. Sululta jest na północy. Leży bliżej stolicy, zaledwie ok. 15 kilometrów od niej. Można się tam dostać miejscowymi taxi, czyli niebieskimi busami. 30 minut drogi. To wielki plus. Stolica ma wszystko: wszystko dobre i wszystko złe. Od niej się zaczyna. W stolicy można załatwić wszystko. I chyba nie ma innej drogi w krajach Afryki. Najpierw stolica. Potem wyprawa w głąb kraju i znów powrót do stolicy. Dobrze, że zaczęliśmy od Addis. Znam ją dziś dość dobrze. Wiem, jak się po niej poruszać, gdzie co można załatwić, z kim rozmawiać i gdzie czego szukać. To podstawa. Sululta byłaby dla nas dobrym miejscem. Abi jednak forsował Debre Zeyit, które jest na południu, argumentując tym, że jest tam ciepło. W Sululcie jest ciągle zimno, bo wysoko, co oczywiście nie jest czynnikiem sprzyjającym dla zdrowia dzieci. To prawda. W tym jednym miał rację. Ja też wolę ciepło. Choć przecież wszędzie żyją ludzie. Jak na Afrykę, dla mnie już Addis jest za zimne. Czasami nie dawałem rady. Przeziębienia przyplątywały się częściej, tym bardziej, że w domach się nie grzeje. Różnica między dniem i nocą była nie do wytrzymania. W cieple nawet przeziębienie jakoś się wypoci. Oczywiście nie do końca te szale przechyliły się na korzyść Debre Zeyit. Pierwszy dom chciałem mieć w stolicy ze względów organizacyjnych. Ale Abi to silny człowiek, a ja jestem bardziej uległy. Można by dyskutować i dodawać nowe argumenty. Najważniejsze, że mamy swój dom. A Abiemu jestem wdzięczny! Kupowałem dom już wielokrotnie. Umawiałem się z prawnikiem i kolejnymi właścicielami. Zawsze wszystko było już na dobrej drodze i zawsze na końcu coś niespodziewanie wyskoczyło. To własność ziemi była nieuregulowana, to ktoś z rodzeństwa pozostał jako spadkobierca, to jeszcze prawo jednego regionu nie współgrało z prawem drugiego. Zawsze coś. Już byliśmy tym zmęczeni.

Ostatnim razem już było tuż, tuż… Razem z prawnikiem Kościoła katolickiego w Etiopii, Seyoum, przez cały dzień jeździliśmy po bankach, aby wypłacić pieniądze. Wbrew pozorom to nie takie proste (jak zresztą wszystko w Etiopii). W końcu się udało(!). Z teczką pełną etiopskich birrów stawiliśmy się w urzędzie do podpisu umowy. Już cały dokument gotowy na komputerze i „ciach…”. Nie ma. Seyoum stanowczo i ze zdenerwowaniem powiedział „Idziemy”! Wszyscy za nami biegali, ale my szliśmy twardo do przodu. Seyoum trzymał teczkę. Do dziś nie wiem dokładnie, o co poszło. Nawet już nie dociekam. Tutaj cały system trudno zrozumieć. I nawet już nie radzę nikomu, aby próbował to pojąć lub wziąć to na tak zwaną logikę. Szkoda zachodu. W rozmowach z zainteresowanymi raczej mówię, że jest tak i tak. Załatwia się tam i tam, płaci się tyle lub tyle. Choć i z tym ostatnim nigdy nic nie wiadomo do końca. Wiem jedno, w jakichkolwiek dogadywaniach trzeba być bezwzględnym. To taki rodzaj zabawy w targowanie.

18

Po długiej już historii, licznych dobrych i złych doświadczeniach, drogach krętych i wyboistych, zawsze rdzawych i zakurzonych, jesteśmy tutaj już na stałe, na tak zwanym rogu Afryki, 42 kilometry na południe od stolicy cesarza Menelika, cesarzowej Taitu Betul i ostatniego monarchy Haile Selassiego. Jesteśmy 1800 metrów nad poziomem morza. Jesteśmy tu, w kraju Koptów i muzułmanów, Felaszów, Rastafarian, haszyszu, czadu i reggae. Jesteśmy tu, w regionie Oromia, w mieście Debre Zeyit rozpostartym pomiędzy ośmioma wulkanicznymi jeziorami. Jesteśmy tu, gdzie powinniśmy być. Jesteśmy we własnym domu. A co najważniejsze, na słusznym miejscu.

 05

17

3203

11

17

24

29

49

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *