Nieoczekiwane ojcostwo

Widzę i instynktownie jestem pewien, że dom funkcjonuje normalnie. Wszystko jak należy. Klimat domu i duch etiopskiej, a może warto powiedzieć, międzynarodowej rodziny. To podnosi na duchu, bo widać efekty pracy i sens podjętego działania. Czuję się tutaj jak ojciec rodziny, i tak jestem traktowany. Dobrze mi z tym. Dzieciaki – i te małe, i te wyrośnięte – co rusz podchodzą do mnie i się przytulają. To miłe. Kiedy pracuję przy komputerze, Ambasai podchodzi do mnie i całuje w szyję lub w głowę. Zdarzyło mu się to już kilka razy. Zdaję sobie sprawę, że to prawdziwe uczucie, bo przecież to już siedemnastoletni młodzieniec i w dodatku dość rozgarnięty.

Beniyam ciągle jest gdzieś obok. Szuka kontaktu. Co rusz podchodzi, aby go przytulić lub położyć głowę na moim kolanie.

Tadese przywitał się ze mną z zębami na wierzchu, dość emocjonalnie, opowiadając mi w języku oromo wszystko, co się zdarzyło podczas mojej nieobecności.

Pierwszego dnia Deribia była w skowronkach. Ten uśmiech był niesamowity. Wręcz jej nie poznawałem. Na drugi dzień była bardzo nerwowa, pobudzona i chyba w depresji. Miała wtedy w szpitalu badania, tam pobrano jej krew, więc może to ją wyprowadziło z równowagi.

Rahel znacznie urosła, jest teraz taka okrągła na buzi. Często płacze, ale widzę, że już potrafi reagować na zachowania innych i nawet bawi się, podskakując na kolanach Abeby. Zaczyna już jeść normalnie. Ciągle ją porównuję z moim Gabriele, bo mają przecież tyle samo miesięcy. Niestety, widać u niej bardzo duże opóźnienie nie tylko w rozwoju umysłowym, ale też fizycznym. Mój syn zaczyna już chodzić, a Rahel jeszcze daleko do tego. Być może nie będzie w ogóle chodziła? Mam nadzieję, że później to nadrobi. Wiem przecież, że dzieci z niesamodzielnością rozwijają się znacznie, znacznie wolniej. Waży osiem kilogramów, przy czym mój Gabriele trzynaście. Strasznie mi szkoda Rahel, tym bardziej, że jest tu dla mnie pewnego rodzaju obrazem mojego własnego dziecka.

Deanke ponoć się uspokoił, nie robi już numerów i jest kochany. Czasami tylko zaczepia Beniyama, no i wtedy trzeba krzyknąć, przywołać go do porządku. Nie jest to jednak coś groźnego lub nie do opanowania. Podchodzi do mnie dość często i kładzie głowę na mojej ręce. Lubi, jak go głaszczę po głowie.

Najdalej ode mnie jest chyba Beficker, chociaż – co zauważyły dziewczyny – czasami mnie naśladuje. Widzę, że jest rozpieszczany przez nasze Socjuszki (opiekunki). Dość dużo się zmienił. Co widać gołym okiem, podrósł, ale także widzę pewnego rodzaju jego rozwój umysłowy. Rokuje coraz lepsze nadzieje. Być może wyciąga go za uszy ta miłość naszych opiekujących się nim czterech kobiet.

Najcudniejsza jest Milen, nie sądziłem, że mnie tak zapamięta i takim obdarzy uczuciem. Myślałem, że jej to przejdzie, jak wyjadę. A teraz wbrew pozorom to uczucie do mnie jest o wiele silniejsze.

Ciągle chce siedzieć na moich kolanach i pieścić się. Podchodzi do mnie w nieoczekiwanych sytuacjach. Jeszcze wszyscy siedzimy przy stole, a ona już przechodzi pomiędzy krzesłami i jest obok mnie. Zazwyczaj wyciąga ręce, aby ją posadzić na kolanach. To niezwykle miłe. Ta dziewczynka rozbraja serce. Jest moją ulubienicą, przyznaję się bez bicia. Wczoraj z Ulli zastanawialiśmy się nad tym, że Beficker może dlatego jest pupilem wszystkich Socjuszek, że jest chłopakiem, a Milen – moją ulubienicą, bo jest dziewczynką. Ponoć to tak jest. Ach… to może takie głupie gadanie. Chcąc nie chcąc, dom jest sfeminizowany, dlatego być może jestem dla wszystkich figurą ojca, ha… który wyjeżdża i powraca z prezentami. Nie wiem, jak te dzieciaki przeżyją wyjazd Ulli… Dziś, kiedy mówiliśmy przy obiedzie o jej wyjeździe, Ambasai już miał łzy w oczach i komentował, że to nieprawda. Ale cóż, takie są realia, a życie dla nas wszystkich czasem bywa brutalne.
– Gdzie jest Twoja rodzina?
– zapytał sąsiad naszego Tadese w jego ojczystym języku oromo, mając oczywiście na myśli naturalną rodzinę.
– To jest moja rodzina
– bez zastanowienia oznajmił Tadese, pokazując ręką w naszą stronę.

Wszystkich wpędził w osłupienie. Ale tak, to prawda. To jest jego prawdziwa rodzina. Co widać gołym okiem. Prawie przez cały dzień Tadese pilnuje i trzyma za rękę Befickera. Dziś, oglądając telewizję, Beficker leżał na kolanach Tadese i w pewnym momencie usnął. Tadese wziął go na ręce i sam zaniósł do łóżka, by go położyć i przykryć ciepłym kocem. Zauważyłem, że bardzo często całuje go z wielkim uczuciem, podobnie jak to czynią nasze kobiety. Dziś Ambasai pilnował Rahel, trzymając ją na rękach, aby w tym czasie obok w kuchni Abeba mogła przygotować posiłek dla wszystkich. Deribia chodzi swoimi ścieżkami, ale nie osobno. Jest zawsze tam, gdzie wszyscy. Do opieki nad Rahel oddelegowana jest w zasadzie na stałe Ayeal, dwudziestoletnia dziewczyna, zatrudniona tu od dwóch miesięcy. Nie da się inaczej. Przy takim dziecku musi być ciągle jedna osoba. Ambasai zazwyczaj sprawuje pieczę nad Beniyaminem i Milen. Kiedy wszyscy siądziemy w kupie, czujemy się jeszcze bliżej siebie, nie tylko fizycznie, ale i duchowo. To trudne do opisania. Faktem jest, jak zauważył Tadese, że ten dom, ta wspólnota są dla wszystkich prawdziwą rodziną.

Ulli chyba trochę bała się mojego przyjazdu. Nie wiedziała, jak będę reagował. W naszej wirtualnej korespondencji nie zawsze było najlepiej. W konkretnych sytuacjach, nazwijmy to: ustawieniach domu, nie zgadzaliśmy się. Kilkakrotnie wyprowadziła mnie z równowagi i chyba odwrotnie. Takie są realia gospodarowania. Nie tylko słodkości. Dlatego nasze spotkanie na nowo było bardzo delikatne i na wyczucie. W głębsze rozmowy musieliśmy wchodzić powoli. Ale myślę, że kontakt osobisty, dyskusja i spojrzenie sobie w oczy, czasem pełne łez, pokazują, że idziemy tą samą drogą i nie ma różnic między nami. Ulli w naturalny sposób wrosła w ten dom. Była przy jego tworzeniu i to ona przejęła pałeczkę jego prowadzenia. Była pierwszą szefową i chyba prawdziwie matczyła mu. Choć wyjeżdża 10 sierpnia, to absolutnie nie chce się odciąć od niego. No bo jak? To jest jej dom i jej dzieci. I myślę, że to nie tylko gadanie. Dlatego już dzisiaj snujemy plany, jak to będzie – jak z pozycji Austrii zajmować się tym domem i tu wracać. Od października zaczyna studia w Wiedniu. To trochę ją przygwoździ. Ale nie sądzę, aby zapomniała o Etiopii lub urwała z nami kontakt. Myślę, że najlepszym rozwiązaniem będzie, jak stworzy grupę wsparcia w Austrii. Zastanawiam się, czy nie byłoby dobrze, aby to właśnie ona była takim dyrektorem (choć to niezbyt piękna nazwa) tego lub tych domów w Etiopii – z pozycji Europy. Ja zajmuję się wszystkim, więc może byłoby dobrze, aby była osoba odpowiedzialna za domy w Afryce. Zastanawiam się, bo nie chcę popełnić błędu i budować niepotrzebnej struktury lub fikcji. Ale chyba to jest realne. Myślę, że musimy stworzyć silny międzynarodowy team, by rozwijać to dzieło na pokrytej rdzą ziemi. Plusem jest, że mieszka w Austrii, niedaleko Wiednia. Można się w każdej chwili spotkać. Tak naprawdę z Krakowa do Wiednia to tylko pięć godzin jazdy.

Ayeal pochodzi z miejscowości oddalonej od Addis Abeby około 120 kilometrów. Przyszła do naszego domu, jak dwie pozostałe opiekunki, za pośrednictwem Diego Malara, a w zasadzie Yetshi, jego nauczycielki od języka achmarskiego, która teraz przebywa u swojego męża w USA. To śmieszne, sprawę przyjęcia Abeby i Ayeal załatwiał Diego przez internet, bo Yetshi już nie było w Etiopii. Ja oczywiście czekałem na te osoby od niej, bo po doświadczeniach z Selam wiedziałem, że ma dobrą rękę. A tutaj to wcale nie takie proste znaleźć dobre i uczciwe osoby. Ayeal wcześniej pracowała w fabryce. Zarabiała miesięcznie 500 bir, to około 25 €, i śmiem twierdzić, że nie za 8 godzin pracy, fizycznej pracy. U nas na wstępie zarabia 1000 bir. Z czasem będziemy trochę podwyższać pensję. Ulli twierdzi, że dla tych dziewczyn to nie tylko praca, ale coś znacznie więcej. Miejmy nadzieję, że ma rację, choć jak na razie nic złego nie mogę powiedzieć. Oczywiście, znając życie i mając na koncie szereg różnych w tym względzie doświadczeń, dmucham na zimne, choć cieszę się z obecnej sytuacji.

Selam czekała na mnie chyba najbardziej, dość długo i cierpliwie. Oj, z Selam zżyliśmy się bardzo. Dlaczego? Myślę, że to prawo pierwszeństwa, czyli tej pierwszej osoby, z którą zaczynaliśmy, a przecież nie było łatwo. Jak przypomnę sobie te pierwsze dni… Mój Boże… ciarki przechodzą po plecach. Właśnie, trudne sytuacje zbliżają bardziej. Po drugie, Selam jest najbardziej otwarta. Może nie… To pewnie kwestia naszego podejścia do niej, mojego i Ulli.

W każdym razie, już dziś szykujemy ją na szefową domu. Mówi może nie najlepiej po angielsku, ale mówi. To też jakiś plus, no i konieczność jak na szefową domu. To będzie jednak bardzo trudne zadanie z wielu względów. Przyjmijmy, że wpadła już w pewien rytm organizacyjny domu i będzie go powielała. Pewnie z małymi brakami, ale będą przyjeżdżali wolontariusze z Europy, którzy będą ten styl podtrzymywali (miejmy nadzieję). Selam musi nauczyć się obsługi komputera i internetu, bo musimy mieć ze sobą stały kontakt. Chodzi o pieniądze, decyzje itd. Dziś Selam nie jest jeszcze w stanie decydować sama o wszystkim. To wiemy razem z Ulli. Na to będzie trzeba poczekać chyba kilka lat. Ale nie ma wyjścia, Selam musi być szefową domu. Nie mogą szefować wolontariusze, którzy przyjeżdżają tylko na parę miesięcy. Z mojej strony, to też sprawa pieniędzy. Bardzo ważna. Wolontariusz, który przyjedzie na jakiś czas, będzie inaczej wydawał pieniądze niż ktoś, kto jest tu na stałe. Poza tym, trudno powierzać pieniądze komuś, kto przyjeżdża tylko na chwilę. Nie chodzi o zaufanie, lecz o styl gospodarowania. Boimy się też zostawić pieniądze Selam. Jest naszym faworytem, mamy do niej zaufanie, kochamy ją na swój sposób, jednak boimy się, że taka suma może powalić każdego Etiopczyka. Niech nikt nie myśli, że to duże kwoty w naszym odczuciu europejskim. Jednak dla Etiopczyka to pieniądze marzeń. Wszyscy nas tutaj przestrzegają przez zbytnim zaufaniem. Osoby, brzydko mówiąc, „białe” mówią nam: w pieniądzach, w prowadzeniu domu, nie możecie nikomu tutaj ufać. Słyszę cały czas te słowa i mam je w pamięci. Kiedy jednej siostrze zakonnej chwaliłem się superopiekunkami i mówiłem o Abebie, że taka religijna, że prowadzi modlitwy, ciągle pości (bo w kościele koptyjskim jest niezliczona ilość postów ścisłych), odpowiedziała mi: Andrzej, tak tutaj jest, będą modlili się, nosili wielkie krzyże etiopskie na piersiach, pościli tygodniami, ale ukraść – to dla nich nie grzech.

I co tu myśleć? Jak działać? W naszym odczuciu, osoby mamy super, ale… istnieje ciągle ta wątpliwość. Rozsądek mówi, aby iść do przodu ostrożnie. Dlatego już dziś snuję plany, gdzie by tu zostawić pieniądze w depozyt. To nie takie łatwe. Nikt tu tego nie chce. Będę jednak rozmawiał z dwiema placówkami, w których już kiedyś zostawiałem taki depozyt. Wtedy Selam odbierałaby odpowiednią sumę pieniędzy przeznaczoną na jeden miesiąc, a ja po zatwierdzeniu rachunków dawałbym zielone światło na kolejną wypłatę. Wolontariusze, w moim zamyśle, mieliby zadanie patrzenia na ręce. Z doświadczeń innych domów wiem, że można wynosić jedzenie lub inne zakupione rzeczy i oszukiwać na jedzeniu i środkach czystości. Dlatego musimy wszystko zrobić, aby wyeliminować takie sytuacje.

Abeba to rzeczywiście taka nasza mniszka. Jest cudowna. Prowadzi modlitwy, uczy dzieci znaku krzyża. Nawet Selem wciągnęła w swoją duchowość. To bardzo piękne i pozytywne. Chyba tego nie mówiłem, ale nasz dom jest ortodoksyjny, to znaczy koptyjski. Modlimy się w języku achmarskim, znak krzyża robimy trzy razy i trochę inaczej niż w kościele katolickim. Dzięki Bogu, wszyscy w tym domu są chrześcijanami, więc nie ma żadnych problemów.

– Tadese, pościsz dzisiaj?– spytał życzliwie i z humorem jeden z sąsiadów.
– Tak. Naturalnie. A pijesz alkohol?
– zapytał ponownie sąsiad.
– Nie, jestem protestantem. Nie piję alkoholu
– odpowiedział zdecydowanie Tadese.

Po chwili milczenia, wszyscy oczywiście wybuchnęli śmiechem. Skąd przyszła mu do głowy taka odpowiedź – nie wiemy. Być może gdzieś w okolicy mieszkali protestanci. Nie wiemy. Wieczorem przy stole śmialiśmy się wszyscy razem z tej sytuacji jeszcze raz, razem z Tadese.

Dziś mieliśmy celebrację picia kawy. Przygotowała ją Abeba, bo prosił ją Ambasei, a w zasadzie poszedł do Abeby, mówiąc, że to Andrzej prosi. Więc w ten sposób Abeba przygotowała celebrację, na którą oczywiście zawsze jestem otwarty. Za każdym razem podawała mnie pierwszemu kawę, pomimo że siedziałem dalej niż inni i mieliśmy gościa, było nas zdecydowanie więcej. Zdałem sobie jednak sprawę, że w ten sposób tutaj traktuje się ojca domu. To znak respektu. Nie odmówiłem tego gestu, bo – powiem szczerze – nie wypadało. I to nie chodzi o to, abym upajał się tą rolą. Owszem, tak, strasznie mi się ona podoba i czuję się w tej skórze dobrze, ale wiadomo, że nie chodzi o jakąś poddańczość, wyższość lub coś w tym rodzaju. Zdałem sobie sprawę, jak jestem w tym domu postrzegany. Kim jestem dla Abeby, Selam, Ayeal i dla wszystkich dzieciaków. To podawanie pierwszemu kawy oznacza na pewno szacunek, ale też zaufanie, że ja nikogo nie porzucę i nie zdradzę, że zawsze będę ojcem tego domu.

Milen, Beniyamin, Rahel, Beficker, Ambasai, Deribia, Denake, Tadese… Traktują mnie dziś jak prawdziwego ojca. Czuję to. Te wszystkie gesty… Tego nie da się okłamać. One są naturalne, przez nikogo nie wymuszone. Być może jako jeszcze dzieciaki potrzebują ojca i ja jestem jego jedyną figurą w tym domu. Myślę też, że to może prawo pierwszego skojarzenia. Bo to przecież ja każdego z nich brałem do tego domu. Faktem jest, że na początku nasze relacje były nieco inne niż teraz, nie mówię, że złe. Teraz jednak to uczucie jest większe, bardziej spotęgowane. Być może na samym początku była w dzieciakach bojaźń wielkiej niewiadomej. Być może dziś, już po kilku miesiącach, każda z tych osób, gdzieś tam w swoim rozumie, wie, że ten dom jest dla nich prawdziwą ostoją, prawdziwym domem i prawdziwą rodziną. Jakkolwiek, dzięki Ci, Boże, za tę zastaną rzeczywistość i to nieoczekiwane ojcostwo.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *